Jestem zmęczona 2010-06-02 21:02:32

Wiecie co? Jestem zmęczona. Zmęczona koniecznością tłumaczenia rzeczy, które winny być rozumiane "same przez się". W pewnym serialu usłyszałam kiedyś pytanie "Dlaczego miłe rzeczy zawsze muszą rozumieć się same przez się?". Było w tym trochę prawdy. Bo częściej skłonni jesteśmy rzucić komuś w twarz przykrym słowem niż powiedzieć coś miłego. Bo rzeczy miłe przecież są takie oczywiste. Ale mi akurat nie chodzi teraz o coś miłego. Chodzi mi o sprawy, które powinno pojmować się intuicyjnie. Które powinny być oczywiste. Oczywistym jest, ze jeżeli Twój przyjaciel ma kiepski nastrój, to go pocieszasz. Oczywistym jest, że jeżeli Twój znajomy jest w szpitalu, to go odwiedzasz. Oczywistym jest, że jeżeli z kimś jesteś, to nie umawiasz się z nikim innym. To są rzeczy utarte głęboko w podświadomości. Rzeczy stałe. Rzeczy, co do których nikt nie zadaje sobie pytania "ale dlaczego?". Tak jest, tak się robi i już.

I za tym tęsknię.

Tęsknię za dotknięciem czyjegoś ramienia i usłyszeniem "Jestem prawdziwy. Jestem tu.", zamiast kolejnym "Tak? O co chodzi? Coś się stało?". Nie chcę przez całe życie tłumaczyć. Nie chcę musieć powtarzać rzeczy stałych. Nie chcę tkwić w roli nauczyciela, który mówi, mówi, mówi i naucza jak ma być. Jak być powinno. Bo są takie rzeczy, których nie powinno się wyrażać na głos. Te obustronnie zrozumiałe. Choćby takie, że jeżeli masz dziewczynę, to nie idziesz do innej, oglądać z nią wieczorami filmu i robić jej jeść. Że nie umawiasz się ze swoimi byłymi na piwo, nie wspomniawszy o tym choćby słowem tej drugiej stronie. Bo ta druga strona nie powie "nie idź". Właśnie dlatego, że nie powinna być zmuszana do takich słów. Przecież to by było zbytnie ograniczenie, zbytnia ingerencja, zbytnie przewrażliwienie. Ta druga strona powinna być po prostu spokojna. Spokojna o to, że takie sytuacje nie będą mieć miejsca. Że to będzie jedna z tych stałych, pewnych rzeczy - nie umawiam się z moimi byłymi. Trwała reguła wpisana gdzieś pomiędzy inne rzeczy "pewne". Bo była to nie jest "zwykła znajoma". Chyba że ze wszystkimi zwykłymi znajomymi kochamy się przez pół roku.

Także...jestem zmęczona.

Chcę usłyszeć "Jestem tu", a wciąż słyszę "Ale o co chodzi". I zaczynam mieć tego dosyć.

Nie wszystko w życiu powinno być wyrażane na głos. Nie wszystko powinno być tłumaczone. Pragnę odrobiny obustronnego zrozumienia. Tak, żeby w końcu poczuć się jak w związku. Nie jak w przedszkolu.

skomentuj (3)

Flashback 2010-05-20 06:47:24

Ha-ha-ha, ubawiłam się właśnie setnie. Leżę tak sobie przez większość nocy i czytam książkę (Kinga po raz kolejny i po raz kolejny nie umiem się w trakcie czytania zdecydować czy mi się jego twór podoba, czy nie) i od czasu do czasu zerkam na monitor, szukając oznak życia mojego chłopaka, względnie alternatywy do kolejnych przydługawych opisów Stephena. No i wiedziona jakąś bliżej niesprecyzowaną potrzebą trafiłam na bloga Kokosa. A tam pośród komentarzy wypatrzyłam taki twór:

keppy | 
2003-01-29 19:26:20 własnie siedzisz i chorujesz a w szkole bez ciebie nudy masz szybko wracac do szkoły i do zdrowia pozdroofka 4 all

I jak to przeczytałam, to uśmiałam się do łez. W chwili obecnej, mając niemal 22 lata, nie pamiętam już tych czasów, w których jako dziecko jeszcze używałam zwrotów "pozdroofka 4 all". Co więcej - śmiało i z całkowitą pewnością orzekłabym, że podobne zwroty nigdy spod moich palców czy też z moich ust nie padły. I zaczynam się zastanawiać - czyżbym na starość robiła się zgorzkniała? Nie mam tutaj bynajmniej na myśli faktu, że delikatny wzrost mojego IQ (które pozwoliło mi ujrzeć skrajny debilizm podobnych pozdrowień) stawiam na równi ze zgorzknieniem. Po prostu dumam nad tym przejściem z etapu dziecka do etapu dorosłości. Wiecie, w końcu wszyscy zrzędliwi ludzie dochodzą do takiego momentu w życiu, w którym mówią "Ja bym nigdy czegoś takiego nie zrobił(a)/powiedział(a)/pomyślał(a)". Najczęściej mając na myśli jakieś głupstwo czy pierdołę. I zapewne święcie w to wierzą, otuleni tym swoim poczuciem archaicznej powagi i nieustępliwości. I zapominają z czasem, że tych kilkanaście/kilkadziesiąt lat temu byli radosnymi brzdącami, śmiejącymi się z mało śmiesznych żartów i wyczyniającymi nie zawsze mądre czy przemyślane rzeczy. Trwają tacy, jakimi w swoich świadomościach byli zawsze - poważnymi, roztropnymi, przewidującymi. Tak jak w tej powieści Kinga - dorośli już ludzie po 27 latach nagle odkrywają, że zapomnieli swoje dzieciństwo. A kiedy furtka do tych wspomnień otwiera się, zalewa ich niepowstrzymaną falą, nasuwając na myśl pytanie "jak mogłem o tym nie pamiętać?". No właśnie. Jak dorośli ludzie mogą nie pamiętać swojego życia? Sama łapię się właśnie na tym, od jak dawna nie wspominałam własnego dzieciństwa, czy chociażby etapu gimnazjum. Jakby to był zupełnie inny świat. Bo był. Teraz moje myśli krążą wokół innych tematów, moje życie toczy się wokół innych sfer. I po raz kolejny się zmienia. Przeraża mnie nieco ta zmiana. Ta konieczność podjęcia pewnych decyzji i nieuchronność ich skutków. I nie chodzi już nawet o to, że wymagają one ode mnie wydoroślenia i oderwania się od domu. Tego pragnę ze wszystkich sił. Chodzi raczej o fakt, że podjęta jutro, pojutrze, za tydzień czy miesiąc praca zacznie w moim życiu etap, którego nie sposób będzie już ot tak przerwać. Zacznie się pewna rutyna i konieczność. A ja nienawidzę konieczności. Jestem wolnym duchem, kiedy mogę coś zrobić, zrobię to. Jeżeli zrobić coś muszę - najczęściej uciekam od tego, jak tylko się da.

A mimo to podjęłam już te działania i decyzje i czekam nieuniknionego. I czuję się nieco jak skazaniec przed egzekucją, wyczekujący tym razem nie końca swojego życia, a końca jego etapu. Martwi mnie ta ostateczność...bo kiedy już się wyprowadzę, będę musiała pracować. Bo praca nie będzie moim kaprysem, nie będzie kwestią dodatkowych złotych, nie będzie namiastką samodzielności. Będzie koniecznym aspektem mojego życia. Nie będę mieszkać u rodziców, którzy opłacą mi mieszkanie, nie będę dostawać pieniędzy na czynsz. Będę musiała zarobić na siebie i trwać w tym stanie już niemal do swojej śmierci. A przynajmniej do licho zapowiadającej się emerytury.

Wracając jednak do wspomnień dzieciństwa...Nie chcę stać się takim zgorzkniałym człowiekiem. Nie chcę zapomnieć, że byłam kiedyś dzieckiem, tak samo, jak nie chcę utracić wspomnień o moim dzieciństwie, o tych wczesnych zimowych porankach spędzanych w szkole przy świetle halogenówek, kiedy za oknem panowała szara cisza i o widoku zachodzącego słońca nad boiskiem gimnazjum, kiedy na spokojnych już korytarzach czekaliśmy na dodatkowe zajęcia. Nie chcę utracić ich dla siebie i dla moich dzieci. Dzień, w którym powiem im "Ja nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła" będzie tym, w którym zamienię się w starego, nudnego człowieka. Który co gorsza w ogóle nie będzie ich rozumiał. A tego błędu nie chcę popełnić nigdy.


A tak już abstrahując od pseudofilozoficznych rozważań, a skupiając się na dawnych rozważaniach Kokosa (za których publikację mam nadzieję mnie nie zabije ;x Pamiętaj, że one już od dawna wiszą do wglądu na Twoim blogu! ;p) to pozwolę sobie wrzucić tutaj kilka perełek, które wyjątkowo mnie ujęły.


Ksiądz na rekolekcjach, mówił coś o Bogu...
- .... musimy zwracać się do Boga, którego przecież nie ma......

Specjalnie ucięłam wyjaśnienia. W razie gdyby tata Przemka zagiął mnie na jakichś teologicznych rozważaniach, powiem mu, że księża na rekolekcjach uczą, że przecież Boga nie ma, więc czego on ode mnie chce ;x


Tekst Marty któregoś zimowego wieczora: "Dzisiaj rano jak wyszłam z psem to myślałam, że już tam zostanę". Ja: "Tak było fajnie?" Marta: "Nie, myślałam, że przymarznę"

A to mi się po prostu podoba ^^


Przez 12 dni byłam odcięta od wszelkich śladów cywilizacji (było tylko radio, które odbierało jedną stację - Trójkę. Po burzy nie odbierało nic). Jadący samochód widziałam w tym czasie może z pięć razy. Chodziłam na spacery i słychać było tylko szum liści na drzewach. Żadnych hałasów wielkiego miasta, spokój, cisza... I było mi tam tak dobrze... Takie Dominikowo nie głupia sprawa. Wszystko co tam jest to jezioro, pole namiotowe, dwa (w porywach do trzech) sklepy i domy. A wszędzie dookoła las. Jakieś większe miasteczko - Drawno - 10 km stamtąd. No i co ja mogę powiedzieć jak nie... dziękuję Ci Martuś :*

Bogowie, jak mi się chce teraz tam pojechać! Mam tyle wspomnień związanych z tym miejscem. Tyle serca tam zostawiłam. Zresztą...wydaje mi się, że magia tego miejsca ogarnia każdego, kto tam przyjechał. Gdybym teraz do Magdy i Ali powiedziała to krótkie słowo "Dominikowo", to jestem bardziej niż absolutnie pewna, że skojarzyłyby je z tym cudownie pachnącym lasem, z gwieździstą taflą nieba, z długimi sesjami i tą skrywaną gdzieś w głębi serca tęsknotą. A przynajmniej ja je tak wspominam. Mogłyśmy ostatnio tonąć z Alą pod namiotem, mogłyśmy mieć najbardziej nietypowe i szalone wakacje życia, ale ja mimo to myśląc o Dominikowie wracam do tych krótkich chwil spędzonych na balkonie w olbrzymim fotelu, do zapachu żywicy i widoku uginających się pod podmuchami leciutkiego i świeżego wiatru sosnowych igieł i gałęzi. Chociaż być może to tylko moje skojarzenia i tylko moja pamięć płata mi figla. Mimo to pokuszę się o stwierdzenie, że dla mnie od zawsze było tam magicznie. I chyba już zawsze będzie.

A skoro jesteśmy przy wspominkach Dominikowa, to...


Ja: A z tą cywilizacją nie było tak źle, pamiętasz akcję 'przedłużacz'? Powinnyśmy dostać jakieś wyróżnienie za naszego powalającego inta. Albo misję 'wyrzuć-śmierdzącą-pietruszkę'.Było fajnie :D

Kokos: Za akcję ze śmierdzącym zielskiem to ja powinnam dostać medal!!!! A przedłużacz był za mocny. Ja się do dzisiaj ze śmiechu przewracam jak mi się przypomni :P Nie mówiąc już o Marcie wpadającej na główkę do jeziora *lol*

Ja: Ej, proszę nie rozprowadzać tutaj jakichś kompromitujących mnie opowieści, hm ;P Ja też kiedy przypomnę sobie akcję 'przedłużacz' to głupkowato się do siebie zacieszam, ale i tak żałuję, że nie widziałam z bliska Kokosa kroczącego dumnie przez ścieżkę z kuflem gnijącej pietruchy ach, te czasy...;)

To dobre wspomnienia, prawda?


A Marta została prorokiem i z jednodniowym wyprzedzeniem zapowiadała co będzie na śniadanie (ale tylko wieczorem - popołudniowe proroctwa działały o 2 dni do przodu :P).

^^

Ale za to popołudniu byłam z Martą i jej kolegami z klasy: Pawłem, Rafałem i Adrianem w kinie na "Dick i Jane: Niezły ubaw" (to nic, że mieliśmy iść na "Monachium" :P) a potem w kawiarni i było bardzo sympatycznie i wesoło, zwłaszcza kiedy Rafał powiedział: "Ja stałem do siebie pośrodku", nie wspominając już innych jego betonów :P Nie ukrywam, że to spotkanie co nieco zmieniło... :)

Tak! I była ulica Kablowa i Fabryczna! I te inne rzeczy w Kohu ;x Ale zachodzę w głowę, co się wtedy zmieniło i za cholerę nie mogę sobie przypomnieć ;x


A dalej zaczęło się robić już dosyć znajomo, więc przestałam czytać. Żałuję w takich chwilach, że mój dawny blog utonął w mrokach internetowej niepamięci. Byłoby co powspominać. *przeciągnięcie i trzask kości* No, pora wracać do codzienności. I wiecie co? Przez te wspominki naszła mnie ochota na wspólnego, dobrego erpega. Może działka na wakacje?

skomentuj (4)

Samo życie 2010-05-12 01:12:49

W przyszłości zostanę bohaterką filmu dokumentalnego. Jego tytuł będzie brzmiał: "Mój mężczyzna kocha internet bardziej ode mnie".

skomentuj (1)

Wyjaży górskich część pierwsza 2010-05-08 19:43:44

No dobra, zmuszona do tego przez swoich wiernych fanów, zabieram się do pisania relacji z górskich wojaży Marta i Wowika ;x Z braku niektórych zdjęć, dokumentujących opisywane poniżej wydarzenia, zmuszona byłam do najęcia wykwalifikowanego grafika, który sporządził mi obrazy ilustrujące niektóre etapy naszej podróży. Stąd właśnie takie przesunięcia w terminach. Wiadomo - artysta potrzebuje czasu do pracy.

No ale:

Zacząć należałoby od podróży, jaka to uszczęśliwiała nasze zadki i kręgosłupy przez około 17 godzin. Muszę przy tym napomknąć, że jeżeli na początku wyprawy wyglądałyśmy tak:

   

 

  Tak pod koniec było nam bliżej do:

   

 

Jednak pomiędzy etapem "beauty", a etapem "kupa" był jeszcze etap "przerwa na jedzenie z dworca w Krakowie". Jak widać wtedy jeszcze trzymałyśmy się całkiem nieźle...

 

   


 

...tkwiąc w błogiej nieświadomości na temat zbliżającej się katastrofy.

 

Otóż obładowane swoimi bagażami, ledwie wlokąc się krakowską galerią, stawiałyśmy dzielnie kolejne kroki zbliżające nas do dworca i konkretnego peronu. Centymetr za centymetrem, krok za krokiem, mozolnie, w bólu i pocie czoła, brnęłyśmy przez obcy nam tłum, aby dotrzeć do pociągu osobowego linii Kraków Główny-Zakopane. I kiedy byłyśmy już tuż-tuż,  kiedy słyszałyśmy już sepleniący przez megafon głos pani obwieszczającej przyjazdy kolejnych cudów techniki PKP (którego oczywiście nie idzie nijak zrozumieć, kiedy najbardziej tego potrzebujesz), wyłoniły się one...SCHODY SZATANA.

   

 

Chcecie prawdziwego demota? Stańcie sobie pod tymi schodami z 30sto kilogramową torbą pod pachą. Zapomnicie wtedy, co znaczy słowo "morale".

 

Pchane jednak usilną potrzebą załadowania swoich tyłków do kolejnego, jakże wygodnego pociągu, przebyłyśmy tę pierwszą, rzuconą nam pod nogi przeszkodę.

Aby niedługo potem natknąć się na następną... 

 

O tym jednak przeczytacie już w kolejnym odcinku z serii "wojaże Marta i Wowika" ;p

skomentuj (5)

Bo nie jest dobrze nie spać o 5 nad ranem. 2010-04-03 04:55:32

Siedzę sobie właśnie nad pustą miską, w której 5 godzin temu powinny znaleźć się obrane z łupinek orzechy i tak sobie dumam nad złożonością ludzkich relacji.

Coraz boleśniej dociera do mnie świadomość, że nie wiem nic o mężczyźnie (który mężczyzną po prawdzie dopiero się staje ;x), który ostatnio całkowicie zawładnął jeżeli nawet nie moim życiem, to myślami. I zastanawiam się nad całym tym procesem poznawania się, zaznajamiania, zdobywania zaufania i popadania w zakochanie. Bo niby właśnie w ten sposób powinno to wyglądać. Tymczasem w moim przypadku świat stanął do góry nogami jednego dnia i to jeszcze w momencie, w którym zupełnie tego nie przeczuwałam.

Dlatego teraz siedzę i dumam - jak bardzo istotne są rzeczy, które wiemy o tych, których darzymy sympatią/przyjaźnią/miłością? Czy fakt, że znam rozmiar buta mojego partnera sprawia, że mam prawo kochać go bardziej? I w którym momencie kończy się ta romantyczna, spontaniczna miłość, a zaczyna czysta głupota i niefrasobliwość?

Tak naprawdę nie wiem. Nie widzę różnicy w tym, jak czułam się wczoraj, a jak czuję się dzisiaj, znając jego dawny adres, ilość okien w pokoju czy imiona rodziców. Jakby po prawdzie nie miało to większego znaczenia. I nie wiem teraz czy mam rację, czy może się mylę i błądzę gdzieś zwiedziona przez własne nadzieje i usprawiedliwienia, ale po raz pierwszy odbieram kogoś tak...całościowo. I po raz kolejny zachodzę w głowę, czy to nie jest jednak tak, że człowiek składa się z drobnych szczegółów, które powinno się odkrywać z czasem. Bo jeżeli składamy się z tych szczegółów, jeżeli każda składowa jest tak niezwykle ważna, to to, co właśnie robię nie ma najmniejszego sensu i śmiało można mnie wyśmiać. Ale jeżeli jednak nie liczy się wcale ten rozmiar buta, a to coś w środku, co pojawiło się nagle, co po prostu w którymś momencie było i tak naprawdę nie można stwierdzić kiedy byliśmy jeszcze tego pozbawieni, a kiedy już czuliśmy, że jest nierozerwalną częścią nas, to śmiało mogę powiedzieć wszystkim niedowiarkom, "a pocałujcie się w nos". Bo mnie to naprawdę nie przeraża. Tylko gdzieś tam w środku czuję, że powinnam wiedzieć o nim to wszystko, bo tego oczekują ode mnie inni. W końcu to takie głupie - nie znać kogoś, z kim chce się być. Jeszcze kilka dni temu zapewne całkowicie bym się z tym zgodziła. W końcu kilka dni temu byłam wciąż tą cholernie racjonalną, biorącą wszystko na logikę kobietą, która pragnęła z miesięcznym wyprzedzeniem zaplanować sobie wszystko, co mogła. A mogę wsiąść w pociąg, jadąc na kilka godzin na drugi koniec Polski, mogę stwierdzić, że wyjeżdżam w góry, mogę podjąć masę nieprzemyślanych i nagłych decyzji, ale potem muszę mieć czas, aby wszystko sobie ułożyć. Muszę mieć tych kilkanaście dni, w ciągu których będę mogła rozmyślać, snuć plany, zastanawiać się nad tym, jak to wszystko będzie wyglądać.

A teraz tego nie chcę. Odtrącam to, odciągam od siebie, staram się robić wszystko, byle tylko nie myśleć. Nie planować. Nie zastanawiać się. Chcę na tych kilka chwil zapomnieć o tym, że powinnam być dojrzała, że to będzie takie ciężkie, że musimy zaplanować swoją przyszłość. Chcę po prostu czuć to, co czuję teraz, poddawać się temu dziwnemu stanowi pierwszego upojenia i zaspokajać się myślą "jakoś to będzie". No bo jakoś musi.

 Miałam w zamiarze rozpisać się jeszcze na dwa poboczne wątki, ale wyłożony przed chwilą wykład na temat mojego bycia samotnikiem sprawił, że uszła ze mnie cała wena. Będzie pewnie później. Pomiędzy jedną, a drugą relacją.

 I tyle.

skomentuj (5)

Tak, tak, wiem... 2010-03-20 03:33:18

...miała być relacja. Ale nim ją napiszę, chciałabym opowiedzieć wam o czymś innym.

O tym, że krąży za mną pech, wiedzą już chyba wszyscy. O tym, że wczoraj byłam na piwie wszyscy, którzy ten blog namiętnie czytują (a raczej odwiedzają w oczekiwaniu na relację). Za to mało kto wie, co jeszcze zdarzyło się wczoraj.

 A wczoraj...cóż. Znacie takie uczucie, że jesteście częścią jakiejś całości? Że łączy was z obcymi ludźmi jakaś więź, o której się nie mówi, której nikt nie nazywa, ale która tam jest i nikt z zewnątrz jej nie pojmuje? Mniej więcej to właśnie zdarzyło się wczoraj.

 Barman był młody, miał pewnie tyle lat, co ja. W pierwszej chwili myślałam, że się wygłupia, ale kiedy upadł, a właściciel zawołał o pomoc było jasne, że to nie były tylko żarty. Z początku wybuchło lekkie zamieszanie. Ktoś pomagał, ktoś mówił coś o łyżeczce. Cztery osoby w tym samym momencie chwyciły za telefon, jedna zadzwoniła po karetkę. A później zapadła cisza. 

 W całej tej sytuacji było tyle absurdu...Trzy sale, nasza środkowa, pogrążona w ciszy. Dookoła śmiechy, odgłosy odstawianych kufli, wesołe rozmowy. A u nas cisza. I to dziwne, nienazwane porozumienie wśród obcych sobie ludzi. Jakby tych kilkanaście osób nagle poznało tajemnicę, której byli powiernikami wiedząc, że nikt dookoła nie jest jej świadom.

 I ta cisza.

 Z czasem oczywiście wszystko wróciło do normy, wróciły rozmowy i śmiech. Mniej więcej z chwilą, kiedy okazało się, że z chłopakiem jest w miarę dobrze. Jednak w całej tej tragicznej przecież sytuacji była nutka magii. A przynajmniej ja ją tam wyczuwałam. Tę świadomość tego, że dookoła są ludzie gotowi komuś pomóc. Że jest to porozumienie. I jedność myśli. 

 Idealna część całości.

skomentuj (7)

Fotorelacja z wycieczki w góry... 2010-03-05 00:44:52

...pojawi się tutaj za jakiś czas.

Ten post to tylko taka zmyłka żebyście nie marudzili i widzieli, że pamiętam ;p

skomentuj (12)

Uła-ha... 2009-12-19 03:01:57

..górale dwa.

 

Ale o tych góralach, to za chwilę.

 

Najpierw rzecz związana bezpośrednio z blogiem. Napisałam przez tych kilkanaście tygodni trzy notki, które wiszą sobie radośnie na moim komputerze, ale nie dojrzały jakoś do wlepienia ich tutaj. Może to i dobrze? Czasem lepiej wygadać się żywym osobom, niż zimnej, metalowej puszce. A i łatwiej o konkretne przemyślenia.

Tak czy siak ostatnie 3 miesiące były...ciężkie. Jak się z dnia na dzień życie wali człowiekowi na łeb, to nie ma zbyt wiele czasu na to, żeby dojrzeć i dorosnąć. A trzeba. Jednak później...później jest już z każdym krokiem łatwiej. Choć teraz wciąż duszę się w tym pieprzonym domu i mam ochotę po prostu palnąć komuś w łeb. Źle mi z tą złością i agresją, ale rozładuję ją zapewne dopiero wtedy, gdy się wyprowadzę i znajdę sobie męża, co mnie w razie czego obroni ;x

 

A tak z wydarzeń obecnych, to jadę w świat! Łiii na dwa dni i już mi nagadali, że szalona jestem, ale to nic. Tak samo, jak "to nic", że trafiłam z podróżą akurat na zimę (kuźwa-mać-chyba) tysiąclecia i kiedy będę się przebijać przez Polskę pociągiem będzie -20 stp. a następnego dnia już plus 1. Znaj me szczęście, smutny świecie.

 

A w lutym jedziemy w góry! I na pewno znajdziemy górali dwóch ;x Tak tylko sobie teraz myślę, że biedni Ci ludzie...nie wiedzą na co się piszą. No ale szykuje się Marta i Wowika mhrocznych podróży część druga ;x

skomentuj (1)

Mroczne przygody Wowika i Marty... 2009-08-11 00:49:12

Jak wszystkim powszechnie wiadomo, w zeszłym tygodniu po obszarze centrum świata jakim jest Dominikowo, szalały dwa ludzie czyli Mart i Wowik. 
Dzień pierwszy rozpoczął się euforycznie - od postawienia namiotu.

Jako dumne jego posiadaczki, niezrażone faktem, że jego konstrukcja niechybnie chyli się ku upadkowi, postanowiłyśmy zrobić krótki rekonesans. 

Zaznajomione z tubylcami, oddałyśmy się rzeczy najważniejszej - uzupełnianiu mhrocznych kart postaci. Czemu mhrocznych?

No chyba więcej już wyjaśniać nie trzeba.
Pierwsze 3 dni upływały nam w ciszy i spokoju. Wiodłyśmy żywot prostego wieśniaka, wstawałyśmy skoro świt (przed 9!) i zasypiałyśmy o północy. 
Ala wykazywała się w naszej kuchni:

Podczas gdy ja em...

 

...oddawałam się innym, równie ważnym czynnościom.
W końcu jednak nasza sielanka prysła. Pewnej wietrznej i mroźnej nocy, kiedy w oddali słychać było szczekanie dzikich psów i kumkanie żab, zdarzyła się pierwsza tragedia...Ciszę nocy rozdarł ogłuszający huk! Kiedy nieświadoma niczego wróciłam do mego namiotu, zastałam przerażający widok...Dostrzegłam Alę leżącą w kłębie dymu na...na...na pękniętym materacu!

 

 

Postanowiłyśmy jednak się nie poddawać. Ileż pracy i wysiłku włożyłyśmy w to, aby przywrócić nasze leżę do życia!

 

Niestety na próżno...Gdy już uradowane faktem zaszycia materacu postanowiłyśmy go nadmuchać odkryłyśmy, że obok...jest 5 razy większa dziura -___-
Tamtej nocy przyszło nam spać na gołej ziemi...nie licząc koca i warstwy mokrych ręczników.
Następny poranek przywitał nas sauną (bo musicie wiedzieć, że nasz namiot od 7 do 20 oferował przymusowe zabiegi z sauny parowej) i błękitnym niebem. Kilka pierwszych godzin spędziłyśmy na koczowaniu w przedsionku i obserwowaniu najsłabszych ogniw w wypoczywających na plaży rodzinach - dzieci. To one bowiem nosiły ze sobą największe w tamtych chwilach świętości - dmuchane materace do pływania na wodzie...Kiedy już Ala zaostrzyła swój pal, a ja chwyciłam mą dzidę, gotowa rzucić się na jakieś pacholę i przemocą wydrzeć mu materac (w myśl zasady, że przetrwa najsilniejszy) na ziemię zstąpił anioł w postaci Tej-Która-Daje-Prysznic i pożyczył nam swój materac. Znowu miałyśmy na czym spać!
Postanowiłyśmy, że musimy uczcić tę okazję najtańszym winem, jakie mieli na składzie. Zaopatrzyłyśmy się więc w butelkę czerwonego Fresco (10 zł za 0,75l) i zaczęłyśmy balować.

 

 

Po pierwszym kubku balowałyśmy nieco bardziej.

 

Po drugim zaś dostąpiłyśmy objawienia...

 

 

Jakie jeszcze cuda działy się w naszym namiocie zmilczę, gdyż i tak nikt by nam w nie nie uwierzył. 
Kolejny dzień był dniem bez aparatu i jak na takowy przystało, obfitował we wszelkie cuda natury - siadające prawie na nas motyle, bzykające (się) ważki, wielkie muchomory, śliczne motylki i piękne boćki. Ale chociaż zachód słońca strzeliłam. A co!
A po zachodzie strzeliłyśmy sobie z Alą po butelce Fresco i...
...i starczy powiedzieć, że następny dzień przywitałyśmy z większym optymizmem.
I tu był nasz błąd...
Zaczęło się niewinnie. Ot, poznałam prawdę o sobie,

 

a razem z Alą pozachwycałyśmy się uroczymi kropelkami deszczu na naszym daszku. 

 

 

Kropelki przestały być urocze, kiedy zamieniły się w ulewę

 

a ulewa, kiedy zamieniła się w powódź!

 

 

Wszelkimi siłami starałyśmy się zapobiec zbliżającej się do nas katastrofie.

 

Jednak nawet nasz niepowtarzalny spryt i wybitna inteligencja oraz najbardziej rozwinięty zmysł techniczny (w postaci pokrywki i robienia okopów kawałkiem deski) okazały się bezsilne w obliczu rozszalałych sił natury. Dlatego też zaniechałyśmy wszelkich czynności mających na celu ratowanie nam życia i postanowiłyśmy ugotować sobie obiad.
Dobry wyszedł.
W ten oto sposób dotarłyśmy do naszego ostatniego wieczora w Dominikowie. Jak wiadomo, ostatni wieczór nie może obejść się bez...pożegnalnego ogniska! Dlatego też dwie blondynki zaopatrzone w wór zdobycznego drewna i mokry papier toaletowy przystąpiły do prób wzniecenia ognia.
...
...
...
Ale zasłonę dymną zrobiłyśmy świetną!

 

 

W końcu jednak, uzbrojone w piankę do włosów i perfumy z avonu, 

 

rozpaliłyśmy ogień! :D I zaczęłyśmy łowić kiełbaski na wędkę...

 

 

Dużo jeszcze mogłabym pisać, ale podsumuję to krótkim stwierdzeniem - było zajebiście :D
Byłam ratownikiem (Ala lubi się topić), kamerzystą (Ala lubi chodzić na czworaka po mostku) i kosmetyczką (Ala lubi mieć nasmarowane kremem plecy). Poza tym stawiałyśmy czoło nawiedzonej łabędzicy

 

i jeszcze bardziej przerażającym kiblom...O martwych sąsiadach nie wspominając.
Nie znalazłam tylko pana z żukiem, ale to się da nadrobić. Może w Szczecinie znajdę jakiegoś z mustangiem zamiast żuka...

Alicjo, kiedy to powtarzamy? :D

skomentuj (4)

Czekoladowa jaszczurka w kąpieli. 2009-08-08 21:13:57

Czekoladowa jaszczurka wróciła do Szczecina. 
Dzień pierwszy mile mnie zaskoczył. Wiecie jak to jest - wracacie z wakacji do codzienności z najgorszymi obawami. W końcu na nowo zaczną się wszystkie obowiązki, pytania i pretensje. A mnie o dziwo czekał miły pan na przejściu, nowe, cudne sandałki i włosy, które ułożyły się idealnie już za pierwszym razem. Tak, tak, Ci z was, którzy myślą sobie właśnie "zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe" zniuchali już co się święci. Dzień pierwszy był uroczy. O dniu trzecim nie dało się już tego powiedzieć.
Jeżeli ktoś mijał dzisiaj w Szczecinie pomykającą w strugach deszczu pannę w cieniutkich sandałkach, w jednej dłoni trzymającą wiklinowy kosz z pomidorami i parasol, a drugą siłującą się z czworonożną kluską, to miał niewątpliwą przyjemność spotkać mnie na ulicy, minąć na Wałach lub dostrzec w tłumie. Jak to jest, że wybiorę się gdzieś zawsze w największą ulewę tego już nie wiem. Ale chociaż pomidory obmyło. No i Pippina, który nie musiał nawet kąpać się w rzece. 
Miała być relacja z pobytu w metropolii zwanej Dominikowem, a będzie ciepła herbata, ciepła kąpiel i może już nie do końca ciepły, ale sen. 
Padam na czekoladowy pyszczek.
I po raz kolejny nie kupiłam biletów.

skomentuj (2)

Księga Gości