..górale dwa.
Ale o tych góralach, to za chwilę.
Najpierw rzecz związana bezpośrednio z blogiem. Napisałam przez tych kilkanaście tygodni trzy notki, które wiszą sobie radośnie na moim komputerze, ale nie dojrzały jakoś do wlepienia ich tutaj. Może to i dobrze? Czasem lepiej wygadać się żywym osobom, niż zimnej, metalowej puszce. A i łatwiej o konkretne przemyślenia.
Tak czy siak ostatnie 3 miesiące były...ciężkie. Jak się z dnia na dzień życie wali człowiekowi na łeb, to nie ma zbyt wiele czasu na to, żeby dojrzeć i dorosnąć. A trzeba. Jednak później...później jest już z każdym krokiem łatwiej. Choć teraz wciąż duszę się w tym pieprzonym domu i mam ochotę po prostu palnąć komuś w łeb. Źle mi z tą złością i agresją, ale rozładuję ją zapewne dopiero wtedy, gdy się wyprowadzę i znajdę sobie męża, co mnie w razie czego obroni ;x
A tak z wydarzeń obecnych, to jadę w świat! Łiii na dwa dni i już mi nagadali, że szalona jestem, ale to nic. Tak samo, jak "to nic", że trafiłam z podróżą akurat na zimę (kuźwa-mać-chyba) tysiąclecia i kiedy będę się przebijać przez Polskę pociągiem będzie -20 stp. a następnego dnia już plus 1. Znaj me szczęście, smutny świecie.
A w lutym jedziemy w góry! I na pewno znajdziemy górali dwóch ;x Tak tylko sobie teraz myślę, że biedni Ci ludzie...nie wiedzą na co się piszą. No ale szykuje się Marta i Wowika mhrocznych podróży część druga ;x
skomentuj (1)
Jak wszystkim powszechnie wiadomo, w zeszłym tygodniu po obszarze centrum świata jakim jest Dominikowo, szalały dwa ludzie czyli Mart i Wowik.
Dzień pierwszy rozpoczął się euforycznie - od postawienia namiotu.
Jako dumne jego posiadaczki, niezrażone faktem, że jego konstrukcja niechybnie chyli się ku upadkowi, postanowiłyśmy zrobić krótki rekonesans.
Zaznajomione z tubylcami, oddałyśmy się rzeczy najważniejszej - uzupełnianiu mhrocznych kart postaci. Czemu mhrocznych?
No chyba więcej już wyjaśniać nie trzeba.
Pierwsze 3 dni upływały nam w ciszy i spokoju. Wiodłyśmy żywot prostego wieśniaka, wstawałyśmy skoro świt (przed 9!) i zasypiałyśmy o północy.
Ala wykazywała się w naszej kuchni:
Podczas gdy ja em...
...oddawałam się innym, równie ważnym czynnościom.
W końcu jednak nasza sielanka prysła. Pewnej wietrznej i mroźnej nocy, kiedy w oddali słychać było szczekanie dzikich psów i kumkanie żab, zdarzyła się pierwsza tragedia...Ciszę nocy rozdarł ogłuszający huk! Kiedy nieświadoma niczego wróciłam do mego namiotu, zastałam przerażający widok...Dostrzegłam Alę leżącą w kłębie dymu na...na...na pękniętym materacu!
Postanowiłyśmy jednak się nie poddawać. Ileż pracy i wysiłku włożyłyśmy w to, aby przywrócić nasze leżę do życia!
Niestety na próżno...Gdy już uradowane faktem zaszycia materacu postanowiłyśmy go nadmuchać odkryłyśmy, że obok...jest 5 razy większa dziura -___-
Tamtej nocy przyszło nam spać na gołej ziemi...nie licząc koca i warstwy mokrych ręczników.
Następny poranek przywitał nas sauną (bo musicie wiedzieć, że nasz namiot od 7 do 20 oferował przymusowe zabiegi z sauny parowej) i błękitnym niebem. Kilka pierwszych godzin spędziłyśmy na koczowaniu w przedsionku i obserwowaniu najsłabszych ogniw w wypoczywających na plaży rodzinach - dzieci. To one bowiem nosiły ze sobą największe w tamtych chwilach świętości - dmuchane materace do pływania na wodzie...Kiedy już Ala zaostrzyła swój pal, a ja chwyciłam mą dzidę, gotowa rzucić się na jakieś pacholę i przemocą wydrzeć mu materac (w myśl zasady, że przetrwa najsilniejszy) na ziemię zstąpił anioł w postaci Tej-Która-Daje-Prysznic i pożyczył nam swój materac. Znowu miałyśmy na czym spać!
Postanowiłyśmy, że musimy uczcić tę okazję najtańszym winem, jakie mieli na składzie. Zaopatrzyłyśmy się więc w butelkę czerwonego Fresco (10 zł za 0,75l) i zaczęłyśmy balować.
Po pierwszym kubku balowałyśmy nieco bardziej.
Po drugim zaś dostąpiłyśmy objawienia...
Jakie jeszcze cuda działy się w naszym namiocie zmilczę, gdyż i tak nikt by nam w nie nie uwierzył.
Kolejny dzień był dniem bez aparatu i jak na takowy przystało, obfitował we wszelkie cuda natury - siadające prawie na nas motyle, bzykające (się) ważki, wielkie muchomory, śliczne motylki i piękne boćki. Ale chociaż zachód słońca strzeliłam. A co!
A po zachodzie strzeliłyśmy sobie z Alą po butelce Fresco i...
...i starczy powiedzieć, że następny dzień przywitałyśmy z większym optymizmem.
I tu był nasz błąd...
Zaczęło się niewinnie. Ot, poznałam prawdę o sobie,
a razem z Alą pozachwycałyśmy się uroczymi kropelkami deszczu na naszym daszku.
Kropelki przestały być urocze, kiedy zamieniły się w ulewę
a ulewa, kiedy zamieniła się w powódź!
Wszelkimi siłami starałyśmy się zapobiec zbliżającej się do nas katastrofie.
Jednak nawet nasz niepowtarzalny spryt i wybitna inteligencja oraz najbardziej rozwinięty zmysł techniczny (w postaci pokrywki i robienia okopów kawałkiem deski) okazały się bezsilne w obliczu rozszalałych sił natury. Dlatego też zaniechałyśmy wszelkich czynności mających na celu ratowanie nam życia i postanowiłyśmy ugotować sobie obiad.
Dobry wyszedł.
W ten oto sposób dotarłyśmy do naszego ostatniego wieczora w Dominikowie. Jak wiadomo, ostatni wieczór nie może obejść się bez...pożegnalnego ogniska! Dlatego też dwie blondynki zaopatrzone w wór zdobycznego drewna i mokry papier toaletowy przystąpiły do prób wzniecenia ognia.
...
...
...
Ale zasłonę dymną zrobiłyśmy świetną!
W końcu jednak, uzbrojone w piankę do włosów i perfumy z avonu,
rozpaliłyśmy ogień! :D I zaczęłyśmy łowić kiełbaski na wędkę...
Dużo jeszcze mogłabym pisać, ale podsumuję to krótkim stwierdzeniem - było zajebiście :D
Byłam ratownikiem (Ala lubi się topić), kamerzystą (Ala lubi chodzić na czworaka po mostku) i kosmetyczką (Ala lubi mieć nasmarowane kremem plecy). Poza tym stawiałyśmy czoło nawiedzonej łabędzicy
i jeszcze bardziej przerażającym kiblom...O martwych sąsiadach nie wspominając.
Nie znalazłam tylko pana z żukiem, ale to się da nadrobić. Może w Szczecinie znajdę jakiegoś z mustangiem zamiast żuka...
Alicjo, kiedy to powtarzamy? :D
skomentuj (4)
Czekoladowa jaszczurka wróciła do Szczecina.
Dzień pierwszy mile mnie zaskoczył. Wiecie jak to jest - wracacie z wakacji do codzienności z najgorszymi obawami. W końcu na nowo zaczną się wszystkie obowiązki, pytania i pretensje. A mnie o dziwo czekał miły pan na przejściu, nowe, cudne sandałki i włosy, które ułożyły się idealnie już za pierwszym razem. Tak, tak, Ci z was, którzy myślą sobie właśnie "zbyt piękne, aby mogło być prawdziwe" zniuchali już co się święci. Dzień pierwszy był uroczy. O dniu trzecim nie dało się już tego powiedzieć.
Jeżeli ktoś mijał dzisiaj w Szczecinie pomykającą w strugach deszczu pannę w cieniutkich sandałkach, w jednej dłoni trzymającą wiklinowy kosz z pomidorami i parasol, a drugą siłującą się z czworonożną kluską, to miał niewątpliwą przyjemność spotkać mnie na ulicy, minąć na Wałach lub dostrzec w tłumie. Jak to jest, że wybiorę się gdzieś zawsze w największą ulewę tego już nie wiem. Ale chociaż pomidory obmyło. No i Pippina, który nie musiał nawet kąpać się w rzece.
Miała być relacja z pobytu w metropolii zwanej Dominikowem, a będzie ciepła herbata, ciepła kąpiel i może już nie do końca ciepły, ale sen.
Padam na czekoladowy pyszczek.
I po raz kolejny nie kupiłam biletów.
Tak naprawdę, to nie napisałam ostatnio nic z tego, co chciałam napisać.
Bo chciałam napisać,
że skreślanie kolejnych dni z kalendarza jest jedynym celem i powodem, dla którego wstaję z łóżka rano
że przestałam się bać i uwierzyłam, naprawdę uwierzyłam, że jestem ładna. chociaż to brzmi tak pusto
że ja, która zawsze pakowałam się w przeddzień wyjazdu, albo nawet tego samego dnia rano, teraz mam już gotową listę rzeczy, którą chcę ze sobą zabrać
że najchętniej usiadłabym na walizkach i siedziała tak przez dwa tygodnie, nie ruszając się z miejsca
że kocham go tak mocno i rozpaczliwie, że czasami wydaje mi się, że go nie znoszę. ale nawet wtedy wciąż kocham
że "czasami bardzo ciężko jest...pamiętać"
że egoizm jest naszą cechą wspólną
że czasem ranimy się bardziej, niż bym tego chciała
że te dni, w których się kłócimy, w których sprzeczamy się o to, że nic mi nie mówi dzieją się z mojej winy. bo tak bardzo chciałabym umieć mu pomóc, że wściekam się, kiedy prosi mnie o to, abym się odsunęła i dała mu odetchnąć
że tak naprawdę to wszystko nie boli mnie tak bardzo, jak to okazuję. ale sama lubię wbijać mu szpilki
że ktoś kiedyś napisał o mnie "mistrzyni w wywoływaniu wyrzutów sumienia ". i miał świętą rację.
Właśnie o tym chciałam napisać.
Miałam zamiar napisać twórczą notkę (a z zamiarem tym noszę się już dłuższy czas, więc notka byłaby bardzo twórcza), ale mój blog się wziął i na mnie wypiął i zablokował mi opcję zmiany szablonu o__O Dlatego właśnie zamiast twórczej notki są moje frustracje. No i zostajecie uprzedzeni o konieczności znoszenia tego szablonu, różowych dodatków i za małej białej czcionki dopóki blog.pl nie doprowadzi się do porządku. Nie mam pojęcia ile mu to zajmie.
Edit: kryzys zażegnany.
skomentuj (0)
Kolejna nieprzespana noc. Za oknem już dawno świta. W zasadzie świt przemienił się już w poranek. Ptaki jak zwykle śpiewają niczym oszalałe. Na oknach zgromadziły się krople nocnego deszczu.
Jeżeli nie chce pani do reszty zniszczyć sobie serca, musi pani usystematyzować godziny snu. Usystematyzowałam. Całkowicie wykreślając je z planu dnia.
Piję herbatę. Mandarynkową - rezultat moich ostatnich, szalonych zakupów. Pierwszy raz od ponad...półtora roku? posłodzoną. Staram się wmówić sobie, że taka wcale mi nie smakuje, ale moje podniebienie ma inne zdanie. Smakuje jak cholera.
Chyba każdemu przydaje się w życiu odrobina cukru.
Na biurku wciąż jeszcze leżą pędzle i farby. Ponoć człowiek jest w stanie myśleć tylko jedną półkulą mózgu na raz i kiedy zajmuje się sztuką, przestaje myśleć o reszcie świata. Tak w skrócie. Najwidoczniej moja lewa półkula równoważy przerost prawego przedsionka serca, bo i tak nie daje mi odpocząć od codzienności.
Wypiłam już połowę herbaty i zerkam z uporem w kubek, starając się dojrzeć czy jest w połowie pusty czy pełny.
Wszystko będzie dobrze.
Wszystko będzie dobrze.
Wszystko będzie dobrze.
Wiem, Kochany.
Jednak...czasami chce mi się już tylko machnąć na to ręką. Jak na serce, na nogę, na plecy. Ale wiem, że nie mogę. Nie w tym przypadku.
Zerkam jeszcze raz w ten kubek z nadzieją, że coś mi się rozjaśni. Dupa (ciemna). Zapomniałam, że z ekspresowej ciężko jest cokolwiek wywróżyć.
Mimo wszystko widzę tam dzieci.
Może dlatego, że innej opcji po prostu nie ma.
Wszystko będzie dobrze.
Bo przecież mam Ciebie.
Zimno.
Wiatr roztrąca moje włosy i z uporem zgarnia ten drobny loczek wprost na nos i oko. Siedząc tutaj boso, z czereśniami na uszach i odkrytymi ramionami mogę udawać, że nie myślę. Po prawej wybuchło właśnie niebo. Dymi się kłębami chmur i płonie głębokim fioletem i czerwienią. A po lewej wspina się księżyc. Patrzę na niego, bo to uspokaja. Czasami nawet wydaje mi się, że umiem zaobserwować jego ruch. Może to nawet prawda.
Pies uciekł ode mnie dawno, znudzony siedzeniem na moich kolanach. Pewnie i jemu zrobiło się już chłodno. Teraz leży za moimi plecami udając, że wcale nie wie, że łóżko w sypialni rodziców nie jest dla niego. A mi nie chce się go zganiać.
Niebo pociemniało. Poszarzał nawet fiolet. Tylko te kłęby chmur są coraz większe i większe.
A ja czekam.
Jakbym wciąż miała na co.
Gdzieś tam w środku mnie tli się już pewność, że to nie dla mnie. Bo mnie trzeba kochać ostatecznie. A nie kwartalnie. Ratami.
Nawet jeżeli bywam nieznośna.
Gdzieś w środku mnie brzmią te dawne słowa. Chociaż pamięć nie chce ich przyjąć.
A chmury zbliżają się coraz szybciej. Ciemne, burzowe. Wyobraźnia każe je nazwać dymem z marzeń i wspomnień.
Dramatyzuję.
Jak zwykle.
A mimo wszystko wiem już, że napiszę. Jestem scenarzystą życia. Każdy mój ruch muszę przemyśleć dokładnie i rozpisać w myślach. Pociągam sznurkami, patrząc co zrobią poszczególne kukiełki. Ta w środku, to ja.
Napiszę.
Nie potrafię czekać.
Księżyc stoi już wysoko. Horyzont po prawej dogorywa stłumioną żółcią.
Jest zimno.
Jest tak bardzo zimno.
Jestem grzeczną dziewczynką i nie przeklinam.Dodatkowo, w moim związku uchodzę za tą kulturalniejszą. Dlatego do tej notki wprowadzam erratę - "wyjątkowo brzydkie słowo" zostaje zastąpione przez ładniejsze. Tak więc:
TAM, GDZIE PLECY TRACĄ SWĄ SZLACHETNĄ
NAZWĘ
Nie, nie zostałam zmuszona do tego siłą ;p
skomentuj (0)